|
Strona 1 z 2 Moje wędrówki z wędką na ryby -wspomnienia Edwarda Stasińskiego Nieco historii Pierwsze kroki z wędką stawiałem pół wieku temu, gdzieś około 1950 roku, gdy po ukończeniu szkoły średniej, podjąłem stałą pracę. Nie trwało to długo, gdyż w 1953 roku założyłem własną rodzinę. Od tej pory nie było czasu na przebywanie nad wodą. W końcu 1961 roku rodzina moja z Gostynina przeniosła się do Wołomina. Początkowo praca Warszawie oraz studia zaoczne nie pozwalały na powrót do wędkarstwa. Dopiero w 1972 roku, tj. po przyjęciu pracy w miejscu zamieszkania i ukończeniu studiów, ponownie zostałem wędkarzem.
Zaczęło się od tego, że wraz z kolegami z zakładu pracy, udałem się do miejscowości Kuligów, leżącej nad Bugiem. Rzeka w tej miejscowości tworzy duże zakole od strony południowej, a zamyka je starorzecze od strony północnej. Ponadto od strony zachodniej istnieje wysoki wał ziemny, chroniący okolice przed wylewami rzeki. Oczom moim ukazał się niesamowity widok. Nad wodą unosiły się mewy i rybitwy, przy trzcinach stały nieruchomo czaple, polujące na drobne rybki. Od czasu do czasu huk wystrzałów z broni myśliwskiej, rozpoczął się właśnie sezon polowań na kaczki, powodował podrywanie się do lotu wielkich stad tych ptaków. Wystrzały i krzyk wodnego ptactwa, wirującego po niebie w ciepłe, jesienne popołudnie uświadomiły mi, że toczy się tutaj walka o przetrwanie. Więksi i silniejsi polują na mniejszych i słabszych... Do polujących należy również człowiek, wyposażony w odpowiednie do połowu narzędzia. Dla wędkarza jest to kij z żyłką, spławikiem i haczykiem z przynętą, czyli po prostu wędka. W odróżnieniu od świata zwierzęcego człowiek czyni to świadomie tak, aby nie powodować w przyrodzie zmian, które w istotny sposób zakłóciłyby równowagę lub spowodowałyby wyginięcie jakiegoś gatunku w przyrodzie. Ten pobyt nad wodą w Kuligowie spowodował, że sięgnąłem po Regulamin Amatorskiego Połowu Ryb oraz Statut Polskiego Związku Wędkarskiego, a po ich przestudiowaniu, postanowiłem ponownie zostać wędkarzem. W 1972 roku dokonałem odpowiednich formalności w miejscowym Kole PZW, po czym otrzymałem dokumenty, uprawniające do wędkarskiego połowu ryb. W organizacji PZW Początkowo moje pobyty nad wodą były stosunkowo rzadkie. Na przeszkodzie stał brak wolnego czasu i środka lokomocji. Koło PZW Wołom in było ubogie w wodę, nadającą się do wędkowania. Jedynie na krańcu miasta, w kierunku na Radzymin, na terenie tzw. Białych Błot, można było posiedzieć z wędką. Początkowo były tam nawet duże karpie, trafiały się ponad kilogramowe szczupaki, były liny i leszcze. Jednak z upływem lat akwen ten wypłycał się, a ryby w nim powoli ginęły, aż doszło do całkowitego wyginięcia - poza karasiami, które przetrwały w zagłębieniach terenu. Najlepszym łowiskiem wydawała się rzeka Bug, ale jest ona oddalona od Wołomina od 20 do 30 kilometrów w zależności od miejsca wybranego do wędkowania. Drugim akwenem jest Zalew Zegrzyński i wpadający do niego Kanał Żerański. Wody te również oddalone są od Wołomina o około 25 kilometrów. Z kolegą Michałem jeździliśmy pociągiem nad Bug. Podróż od Rybienka do wsi Drogoszewo odbywaliśmy piechotą. Były to trudne wyprawy, gdyż cały sprzęt trzeba było dźwigać na własnych barkach, pokonując odległość kilku kilometrów. Podczas jednej z takich wypraw do Drogoszewa przeżyliśmy niemiłą przygodę. Postanowiliśmy bowiem udać się tam nad wieczorem, aby nocą łowić sumy. Był upalny i parny dzień przed wolną sobota. W sposób opisany wyżej dotarliśmy do łowiska. Wówczas na horyzoncie pokazały się błyski - zapowiedź burzy. Zanim przygotowaliśmy sprzęt do połowu burza była już nad nami. Nakryci parasolami, czekaliśmy najej zakończenie. Tymczasem zerwał się porywisty wiatr, siekł ulewny deszcz, a wyładowania atmosferyczne - w najbliższej odległości - nie ustawały. Po upływie około dwóch godzin byliśmy całkowicie przemoczeni, a wędki nadal leżały na brzegu. Zrobiło się zimno. Zdesperowani, postanowiliśmy wracać do domu. W strugach ulewnego deszczu, poprzez wikliny, które nie pozwalały na rozpięcie parasoli, a swoimi mokrymi gałęziami dolewały na nasze głowy i ubrania dodatkowe porcje wody - dobrnęliśmy do stacji kolejowej w Rybienku i ostatnim pociągiem, przed północą, ruszyliśmy w kierunku ciepłego domu. Kolega Ryszard posiadał samochód marki Syrena. Dzięki temu kilkakrotnie jeździliśmy nad Bug, do wsi Deskurów, Ślężany lub Czarnów. Około 1975 roku nabyłem motocykl marki WSK-175, którym wraz z kolegą Michałem odbyliśmy dziesiątki podróży na ryby, wzdłuż odcinka Bugu od Wyszkowa do Kuligowa. W 1977 roku motocykl został zastąpiony samochódem osobowym marki Trabant, co pozwalało na wyjazdy dla większej liczby osób jednocześnie. W czasie jednego z takich wyjazdów, w okolicy Kuligowa wydarzył mi się niecodzienny, przykry wypadek. Łowiłem ryby z wysepki, która powstała wskutek przerwania brzegu rzeki przez bardzo silny prąd wiosennej wody. Na tę wysepkę dostałem się pontonem. Po zakończeniu połowu, podczas wsiadania do pontonu, ten nagle się przechylił, wskutek czego znalazłem się w wodzie, przykryty pontonem. Szczęśliwie prąd rzeki poniósł mnie ku brzegowi, gdzie chwyciłem za jakiś korzeń i wypłynąłem na powierzchnię. Ponton tymczasem płynął z prądem wody. Wszystko, co znajdowało się w jego wnętrzu, wraz z wędkami i rybami w siatce - utonęło. Moi koledzy wydobyli jedynie z wody ponton i dwa wiosła. Od 1980 roku wyjazdy na ryby odbywaliśmy nawet na Mazury, ponieważ na przedpłaty otrzymałem nowy samochód - Fiata 126p.
|